Cuda jak w „Ogniem i Mieczem” i kibice na drzewach, czyli niesamowite historie pucharowych spotkań cz. I

Piłkarskie rozgrywki pucharowe w każdym kraju są kopalnią niezwykłych historii, opowiadających o ambicji, krętej drodze do sukcesu i marzeniach kopciuszków o wiekopomnym sukcesie, które regularnie się tu spełniają. W tegorocznej edycji Fortuna Pucharu Polski do 1/16 finału awansowała IV-ligowa Wieczysta Kraków oraz aż pięciu przedstawicieli III lig. O awans nie będzie łatwo, ale dawne historie Czarnych Żagań, Błękitnych Stargard czy trzecioligowej Lechii Gdańsk na pewno dodadzą im skrzydeł. Bo chociaż wyeliminowanie faworyta wydaje się karkołomną misją, w rozgrywkach pucharowych granica pomiędzy snem a jawą często się zaciera.

Ziemia lubuska w polskim futbolu wciąż pozostaje na mapie białą plamą, terra incognita. Żaden zespół z tego regionu nie dostąpił zaszczytu gry w ekstraklasie, a miejscowi kibice mocniej przeżywają żużlowe zmagania niż mecze piłki nożnej. Miejscowy futbol może jednak pochwalić się jedną z najbardziej niezwykłych historii w dziejach rozgrywek o Puchar Polski. Historią, która jest gotowym scenariuszem na film. Opowieścią o ambicji, umiejętnościach, furze szczęścia i komunistycznych władzach, które sprawiły, że happy end odwołano. Ale po kolei.

Połowa lat 60. ubiegłego wieku, jak na realia życia w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, była niezwykle spokojna. W rządzonym przez towarzysza „Wiesława” Gomułkę kraju nie było jeszcze mowy o antysemickiej zawierusze, która wstrząsnęła Polską trzy lata później, powoli zapominano też o wojennym koszmarze i stalinowskich represjach. Mała stabilizacja. W futbolowej pucharowej rzeczywistości do „normalności” było jednak niezwykle daleko.

Cuda jak u Sienkiewicza

„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia” – zaczynał „Ogniem i Mieczem” Henryk Sienkiewicz. Parafrazując, to samo można napisać o piłkarskim roku 1965. Co prawda, w przeciwieństwie do słynnej powieści, tym razem na polskich ziemiach nie pojawiły się szarańcza, kometa czy zaćmienie słońca, ale na nudę i tak narzekać się nie dało. Kibice na drzewach, trzy zwycięskie rzuty monetą i marsz trzecioligowych Czarnych Żagań do finału, w którym zmierzyli się z naszpikowanym gwiazdami Górnikiem Zabrze, to do dziś jedna z najbardziej niezwykłych opowieści, którymi może pochwalić się krajowy futbol. – Gra Czarnych w Pucharze Polski była pierwszym powodem do dumy w powojennym Żaganiu – mówiła w rozmowie z portalem sport.tvn24.pl Wanda Winczaruk, która wówczas była młodą fanką zespołu z lubuskiego. Trzecioligowy zespół pod wodzą trenera Jana Dixy w pierwszej rundzie rozgrywek rozbił Karolinę Jaworzyna Śląska 6:0, ale nikt nie spodziewał się, że to początek przygody życia. W kolejnych meczach outsiderzy z Żagania zgarniali skalpy kolejnych rywali: Startu Łódź, Polonii Bytom, Pogoni Szczecin, Wisły Kraków i ŁKS-u Łódź. Co ciekawe, w aż trzech z tych spotkań regulaminowy czas gry i dogrywka to było za mało, żeby wyłonić zwycięzcę. Jako że wówczas nie znano jeszcze serii rzutów karnych, wszystkie te starcia kończyły się losowaniami. – Pierwszy miał wybrać łodzianin, jako że my byliśmy gospodarzami. Jednak nie mógł się zdecydować. Sędzia poganiał, więc ja złapałem prawą kartkę. Był to jakiś odruch. Potem w ułamku sekundy zdecydowałem się na wzięcie tej, która leżała po lewej stronie – opowiadał o półfinałowym starciu z ŁKS-em kapitan Czarnych Edward Kuczko. Miał dobre przeczucie. Po raz trzeci ręka lidera zespołu z Żagania okazała się szczęśliwa. Stadion, wokół którego fani gromadzili się nawet na drzewach, wybuchł z radości. Na drodze do pucharu stał już tylko Górnik Zabrze.

Piłkarze byli traktowani w Żaganiu jakby zdobyli mistrzostwo świata. Kibice zbierali wycinki z gazet, zakłady usługowe w mieście obsługiwały zawodników za darmo. Piękna przygoda dobiegła końca w starciu z mistrzem Polski. Górnik na stadionie w Zielonej Górze łatwo rozbił trzecioligowca 4:0. Klasyczny hattrick legendarnego Ernesta Pohla wystarczył, żeby położyć rywala na łopatki, a po przerwie dzieła zniszczenia dopełnił Musiałek.

Zaczęło się od trzęsienia ziemi

Początek lat 80. to dla futbolu w Gdańsku czas pełen paradoksów. Z jednej strony spadek w sezonie 81/82 na trzeci poziom rozgrywkowy, z drugiej w kolejnym roku historyczny triumf w Pucharze Polski, co udało się Lechii jako pierwszemu zespołowi występującemu na tak niskim poziomie ligowym. Architektami sukcesu było dwóch trenerskich żółtodziobów: 31-letni Jerzy Jastrzębowski oraz rok młodszy Józef Gładysz. Obaj byli wystarczająco starzy, żeby pamiętać historię Czarnych Żagań i wystarczająco młodzi, żeby wierzyć, że da się ją nie tylko powtórzyć, ale wręcz pójść o krok dalej, zgarniając trofeum. Pucharowa przygoda zaczęła się wedle scenariusza rekomendowanego przez Alfreda Hitchcocka. Najpierw było trzęsienie ziemi, a potem napięcie rosło.

Tym początkowym wstrząsem była wyjazdowa potyczka z występującym w okręgówce Startem Radziejów Kujawski. To jedyny we wspomnianej edycji rozgrywek mecz, w którym Lechia była faworytem i jeden z tych, w których była najbliżej odpadnięcia. Ostatecznie, po dogrywce, biało-zieloni wygrali 3:2, po dwóch golach Błaszczyka i jednym Marchela. W kolejnej rundzie, już na własnym obiekcie przy ul. Traugutta, Lechia mierzyła się z wyżej notowaną Olimpią Elbląg. Garstka widzów na trybunach nie mogła się spodziewać, że obserwowana przez nich wygrana 2:1 będzie przyczynkiem do tego, żeby za rok na tym samym obiekcie pojawiło się rekordowe 40 tysięcy fanów, którzy będą oglądać Zbigniewa Bońka i Michela Platiniego. Trzecioligowiec rozkręcał się z każdym kolejnym spotkaniem, eliminując po serii rzutów karnych Widzew Łódź i wygrywając po dogrywce ze Śląskiem Wrocław. Na wiosnę trwał marsz zespołu z Gdańska po trofeum. Najpierw, w ćwierćfinale, po niezwykle trudnym meczu w Sosnowcu, strzał Marka Kowalczyka dał im wygraną 1:0 i awans do półfinału. Tam kolejna sensacja – drugoligowy Piast Gliwice wygrał z Kolejorzem i to on czekał w finale na zwycięzcę rywalizacji pomiędzy Lechią a Ruchem Chorzów. W zaciętym spotkaniu przez 120 minut nie padła ani jedna bramka i znów lepszy zespół miały wyłonić „jedenastki”. Tam bohaterem okazał się golkiper biało-zielonych, Tadeusz Fajfer, broniąc dwa strzały. 30 tysięcy fanów na trybunach wpadło w ekstazę. Wiedzieli, że najtrudniejsze mają za sobą, bo rywal w finale będzie mniej wymagający. Mieli rację. Wystarczyło 38 minut, żeby gdańszczanie po bramkach Górskiego i Kowalczyka prowadzili 2:0. Tego zwycięstwa, pomimo bramki kontaktowej zdobytej przez Kałużyńskiego, nie dali sobie już wydrzeć. Sny się spełniły, trzecioligowiec sięgnął po puchar i mógł się szykować do rywalizacji w Pucharze Zdobywców Pucharów. Jak się miało okazać, była to przygoda krótka, ale godna zapamiętania.

***

Więcej pucharowych historii przeczytasz w drugiej części artykułu dostępnego TUTAJ.